Hokkaido. Japonia bez gejsz i samurajów

Poniższy tekst ma charakter recenzji, nie ukrywam jednak, że jestem związany z wieloma autorami książki oraz prowadzę jej witrynę internetową hokkaido.com.pl. Nie mam natomiast żadnych korzyści finansowych ze sprzedaży książki. Recenzja ukazała się w dwu częściach w „Gazetce Parafialnej Kościoła Ducha Świętego w Chorzowie” w grudniu 2006 i lutym 2007 roku. Poniżej wersja z drobnymi poprawkami.

Grupa Polaków (ale nie tylko – wśród autorów jest Japończyk – Jin Matsuka) na Hokkaido (północnej japońskiej wyspie) pod wodzą Piotra Węgrzynowicza napisała książkę pt. „Hokkaido. Japonia bez gejsz i samurajów”. Została ona wydana w Polsce przez „Mantis” z Olsztyna we wrześniu 2006 roku. Publikacja ma 224 strony i składa się z jedenastu rozdziałów, z których każdy opisuje inne zagadnienie, stąd można je czytać niezależnie w dowolnej kolejności.

Autorzy, z których większość miałem okazję poznać osobiście, przebywają w Japonii na stałe bądź byli tam na tyle długo, by dobrze poznać kraj i jego mieszkańców, a już na pewno zagadnienia, o których piszą. Jak stwierdzili recenzenci – polscy japoniści, książka wyróżnia się pozytywnie na tle innych popularnych dzieł (książek i artykułów prasowych) wydanych ostatnio w Polsce na temat Japonii. Niestety czasem rozpowszechniają one stereotypy, które z Japonią i Japończykami nie mają wiele wspólnego. A o błędne i uproszczone opisy nietrudno, bowiem jest to kraj o odmiennej kulturze, religii i języku. Ta natomiast książka zawiera opisy osobistych przeżyć i przemyślenia autorów, ale stroni od pochopnych ocen i analiz, a często obala mniej lub bardziej rozpowszechnione w Polsce opinie o Japonii, jak i (tak, tak) opinie Japończyków o obcokrajowcach. Warto też podkreślić, że książka traktuje o Hokkaido – wyspie, która została przez Japończyków skolonizowana najpóźniej i do dziś jej charakter (od klimatu poczynając) jest nieco inny niż reszty kraju.

Autorem pierwszego rozdziału jest ojciec Piotr Wilk-Witosławski (1902-1960) – bernardyn, który przybył do Japonii w 1930 r. Choć zrezygnował z pracy misyjnej po pół roku, poczynił wiele obserwacji dotyczących mieszkańców Hokkaido. Swe spostrzeżenia opublikował w „Gazecie Warszawskiej” w 1931 roku pt. „Z Japonji1, krainy słońca i dalekiego wschodu”. W archiwach odnalazł je Jin Matsuka i dzięki uprzejmości polskich bernardynów można je było zawrzeć w książce. Ciekawie jest czytać ten tekst – napisany przedwojenną polszczyzną, opisujący Sapporo jako miasto ledwie 30-letnie – i porównywać go ze stanem obecnym. Choć dziś na ulicach nie ma już koni, to wciąż – jak 75 lat temu – wiele jest rowerów, wciąż widać drzewa, krzewy i kwiaty pielęgnowane przez mieszkańców. Z tekstu przebija fascynacja autora Japonią i jej mieszkańcami. Nie szczędzi im pochwał – ich język posiada aż nadmiar wyrażeń grzecznościowych, kochają piękno, są powściągliwi, ostrożni, ale i praktyczni. I zauważa zakonnik, że Japończyka trzeba do wiary chrześcijańskiej przekonać, nie przyciągnie się go świecidełkiem ani uprzejmością, jednak nawrócony Japończyk staje się gorliwym wyznawcą Chrystusa. Kończy ów rozdział nieco cierpkim dla polskich katolików stwierdzeniem „jakkolwiek szczupła to garstka [katolików w Japonii] milsza ona napewno1 i więcej rozmiłowana w Chrystusie, aniżeli inne, katolickie narody…” Choć w większości zgadzam się z autorem, to jednak czytając ów tekst po II wojnie światowej nie sposób zapomnieć, do czego Japończycy się podczas niej posunęli, a z czym do dziś jako naród nie do końca umieją sobie poradzić.

Drugi rozdział, autorstwa Rafała Rzepki (przebywającego na stałe w Sapporo pracownika Uniwersytetu Hokkaido, specjalisty w przetwarzaniu języka metodami sztucznej inteligencji, tłumacza języka japońskiego oraz „przywódcy” naszej polonijnej grupy) nosi nieco przewrotny tytuł „Wyspa Świętego Spokoju”. Jeśli czytelnik zaczyna lekturę z przekonaniem, jacy to Japończycy są odmienni od nas (popełniają samobójstwa, umierają z przepracowania, nie ujawniają uczuć, z wyższością odnoszą się do cudzoziemców), to może przeżyć szok dowiadując się, że stereotypy o Japonii rozpowszechniane przez Japończyków i nie-Japończyków są niewiele warte, zostaje też wezwany do zastanowienia się, jak czułby się Japończyk w Polsce… Żywym przykładem przełamywania rzekomo nieprzełamywalnych dla obcokrajowca w Japonii barier jest sam autor, który choć Polak bez japońskiej żony i obywatelstwa otrzymał stałą posadę na cesarskim uniwersytecie, uczy po japońsku, ma takie same prawa i obowiązki w pracy, co jego japońscy koledzy. Trzeba przyznać, że to ciężki cios w wyobrażenia o „ciężkim życiu” nie-Japończyka w Kraju Kwitnącej Wiśni, ale też i w obraz cudzoziemca w oczach przeciętnego Japończyka. Cenna jest recepta autora na osiągnięcie stanu „świętego spokoju” w obcym kraju – opanowanie języka oraz „zorientowanie się, że ludzie nie różnią się od siebie zbytnio, choć wszyscy wokół wmawiają ci, że jest inaczej”. Myślę, że to nie tylko recepta na święty spokój, ale także na zrozumienie drugiego człowieka, niezależnie z jak dalekiego kraju i odmiennej kultury by pochodził.

Rozdział pt. „Góra z górą – o niekonfliktowości mieszkańców Hokkaido” Ewy Grave (wykłada język angielski na państwowym Uniwersytecie Technicznym w Muroran) z pewnością zainteresuje osoby zafascynowane japońskim językiem, zachowaniem oraz sukcesem gospodarczym, jaki Japonia osiągnęła po wojnie. A za owym sukcesem stoi „gambarimasu” (dam z siebie wszystko): „słowo-smarowidło naoliwiające sprawnie działające społeczeństwo” – od sportowców po studentów i pracowników japońskich firm. Dalej mamy opis „meiwaku” czyli niesprawiania kłopotów innym (z nim wiąże się japońskie skrywanie uczuć), „gaman” (dam sobie radę) czyli znoszenie życiowych trudów oraz „irasshaimase” („witamy, zapraszamy, służymy”) – okrzyk witający klientów a wyrażający zaangażowanie (zwłaszcza młodych) pracowników. Autorka zauważa pewną analogię między „gaman” a „niesieniem krzyża” – szkoda tylko, że nie pokazała, skąd wzięły się owe elementy w japońskiej kulturze i jaki był tu wpływ buddyzmu i shinto. Wydaje się, że opisane japońskie zachowania bliskie są takim cnotom (niemodne dziś słowo) jak pracowitość, cichość, skromność, pokora, życzliwość. I to właściwie nic dziwnego, bo wiele religii ma podobny katalog cnót i rad ascetycznych (kolejne niemodne słowo, które jednak – jak mi się wydaje – oddaje trochę japońskiego ducha).

W japońską duszę próbuje też zajrzeć Paweł Dybała (japonista, spędził rok 2003/4 na Uniwersytecie Hokkaido, tłumaczy japońskie komiksy) w rozdziale o paradoksalnym tytule „Metoda kontrolowanej histerii”. Zaczyna od opisu japońskiego stylu dopingowania: kibice szaleją, wrzeszczą, piszczą, ale – jak stwierdza zaskoczony autor – siedzą, a pisk ustaje, gdy zagwiżdże sędzia. Podobny „brak spontaniczności” stwierdza autor na koncercie rockowym (niemrawe bujanie się) i w kinie po pokazie znakomitego filmu (nikt nie klaszcze, widzowie cicho wychodzą z sali). Obserwacje ciekawe, pozwolę sobie jednak nie zgodzić się z interpretacją autora o „raczej negatywnym obrazie japońskiej publiczności, której podejście jest (…) pozytywne i poprawne, ale pozbawione nutki radosnego szaleństwa i spontaniczności”. Otóż moim zdaniem problem jest złożony. Po pierwsze: piski japońskich kibiców są głównie naśladowaniem zachodnich wzorców, a że Japończycy nie do końca czują tę kulturę, efekty bywają zabawne. Po drugie: zachowania fanów na imprezach sportowych i muzycznych to raczej efekt tłumu niż spontaniczność. Co ciekawe autor zauważa, że „bardziej spontanicznie” zachowują się Japończycy w małym gronie znajomych – szkoda, że nie pogłębia tej refleksji.

Wyjątkowy jest rozdział „Karnawał zimą i latem” Piotra Milewskiego (ekonomisty, tłumacza, podróżnika, fotografa i pisarza, obecnie mieszkającego w Japonii z żoną i synkiem) opisujący dwa festiwale, które co roku odbywają się w Sapporo. Festiwal śniegu (Yuki Matsuri) rozpoczął się skromnie w 1950 r. od 6 rzeźb, ale z biegiem lat zyskał rozmach i światową sławę. W ostatnich latach wystawia się około 300 śnieżnych rzeźb, z których największe mają ponad 15 metrów wysokości. Festiwal tańca (Yosakoi Sōran2) narodził się w 1992 r., ale szybko dorównał starszemu bratu. Taniec, śpiew i strój wykonawców nawiązują do zwyczajów rybaków (jedna z figur tanecznych naśladuje gest wyciągania sieci), są jednak silnie przekształcone (muzyka elektroniczna, kolorowe stroje, skomplikowane figury taneczne) stanowiąc przykład japońskiego połączenia tradycji z nowoczesnością. Rozdział ten stoi na wysokim poziomie literackim: w tekst wplecione są krótkie wiersze (haiku) oraz pieśni rybackie (sōran bushi) w tłumaczeniu autora, któremu udało się w dużym stopniu oddać atmosferę obu festiwali.

Piotrowie Milewski i Węgrzynowicz (adiunkt w Muzeum i Instytucie Zoologii PAN w Warszawie, badacz chrząszczy, podróżnik, rysownik, fotograf, redaktor czasopism i książek) są autorami rozdziału „Czyngis-chan, czyli jak to z grillem było” o smażeniu baraniny z warzywami w specjalnym sosie w garnku przypominającym hełm dawnych Mongołów. Z humorem opowiadają historię, która z Czyngis-chanem tak naprawdę nie ma wiele wspólnego, a zaczęła się w połowie XIX wieku, gdy w Japonii zaczęto hodować barany i owce na wełnę, z której wyrabiano ciepłe żołnierskie mundury, a nie było co zrobić z baraniną, za którą Japończycy nie przepadali. Czytając wędrujemy z Mongolii przez Chiny do Japonii – Tokio i w końcu na Hokkaido, gdzie w ostatnich latach barani grill znów stał się popularny zarówno w restauracjach, jak i na świeżym powietrzu. Jak dowcipnie kończą autorzy – to, co nie udało się wodzowi Mongołów, dokonał barani grill jego imienia – opanował całą Japonię aż po jej północne rubieże.

Choć rozdział Michała Ptaszyńskiego (absolwenta japonistyki, stypendysty Rządu Japonii na Uniwersytecie Hokkaido, współpracującego z czasopismami traktującymi o Japonii) „Knieje Hokkaido a prawo dżungli w Sapporo” może wydać się głównie opisem Susukino – saporzańskiej dzielnicy rozrywek (w tym także tych tylko dla dorosłych), to ambicją autora jest też analiza żądzy przygód u mieszkańców Hokkaido – potomków pionierów kolonizujących tę wyspę 150 lat temu. Pokazuje, że do dziś nie brakuje tu zapuszczających się w knieje, gdzie nie sięga telefonia komórkowa, co część śmiałków przypłaca życiem. Samo Susukino, choć nie istnieje na oficjalnych mapach, jest według autora – podobnie jak tokijska Shibuya – modelową dzielnicą rozrywki pełną restauracji, barów, klubów karaoke i dyskotek, przez które co wieczór przewija się 80 tysięcy ludzi. Autor z humorem opisuje nadużycia semantyczne mające skrywać przeznaczenie co poniektórych przybytków. „Łaźnie tureckie” spotkały się nawet z protestem tureckiego studenta i zostały wycofane z użycia.

Łukasz Zabłoński (kulturoznawca, posługuje się językiem polskim, niemieckim, hiszpańskim, angielskim i japońskim, obecnie studiuje na Uniwersytecie Hokkaido) opisuje „onseny – japońskie gorące źródła”. Choć wszyscy wiedzą, że Japonia to kraj trzęsień ziemi, to już nie tak szeroka jest wiedza o tutejszych wulkanach i gorących źródłach, które mają właściwości lecznicze dzięki minerałom rozpuszczonym w wodzie. Nie mogę nie przyznać racji autorowi, że niezapomniana jest kąpiel w onsenie na Hokkaido zimą, gdy siedząc w gorącej wodzie można widzieć (a niekiedy nawet czuć) spadające płatki śniegu. Z tekstu dowiadujemy się, jakie są rodzaje i nazwy onsenów oraz poznajemy japońskie podania o pochodzeniu i odkryciu źródeł. Choć dziś wizyta w onsenie to głównie relaks, autor nie zapomniał o symbolice (obecnej także w shinto i buddyzmie) zanurzenia w wodzie. Jak silny jest szacunek otaczający onseny, pokazuje autor na przykładzie historii zabrudzenia wody onsenowej w Otaru3 (przed wejściem do onsenu należy starannie się umyć w pobliskiej łaźni), co spowodowało zakaz wstępu do tamtejszych onsenów dla nie-Japończyków.

Z hokkaidowską fauną zapoznaje nas Piotr Węgrzynowicz w rozdziale „Od krewetki do niedźwiedzia – opowieści o zwierzętach Hokkaido”. Na pierwszy ogień idą bezkręgowce – ważne w japońskich morzach i kuchni – kraby, krewetki, małże i ośmiornice. Dalej autor opisuje owady (motyle i chrząszcze – ostatnio bardzo popularne wśród japońskich dzieci). Potem czytamy o rybach – niebezpiecznych rekinach i wymordowanych śledziach, z których produkowano nawóz i opał do lamp oraz trującej fugu (rozdymce), którą podaje się w japońskich restauracjach, a na specjalne zamówienie kucharze są w stanie przygotować potrawę z małą ilością trutki, by jedzącym zesztywniały na moment wargi i język. Z ptaków najciekawszy wydał mi się kormoran używany przez japońskich rybaków jako żywy harpun – jak opisuje to z niemałym talentem popularyzatorskim Piotr nie stroniąc od kolokwializmów: „Na długą kormoranią szyję [rybacy] nakładali ciasny pierścień, ale nie po to, żeby zwierza zadusić, tylko uniemożliwić mu połknięcie ryby…” Sporo można się dowiedzieć o kultowych zwierzętach Hokkaido: niedźwiedziu (czczonym przez Ajnów), lisie i jenocie (bohaterach wielu baśni). Rozdział zamyka opis ssaków roślinożernych i morskich.

Pierwotnych mieszkańców Hokkaido opisał Tomek Bogdanowicz (urodził się w 1971 r. w polskiej rodzinie w Londynie; w 2000 r. przybył na Hokkaido jako stypendysta programu badawczego w celu zrealizowania filmu o Ajnach; obecnie mieszka w Nowej Zelandii, gdzie chce organizować wymianę kulturową między Maorysami a Ainu) w rozdziale „Odrodzenie Ajnów – «łagodny naród» i polsko-ajnuski romans”. Autor pokrótce zapoznaje nas z historią i kulturą Ajnów, szeroko natomiast zajmuje się problemem ich dyskryminacji oraz współczesną ochroną i promocją ajnuskiego rękodzielnictwa, kuchni, tańca, muzyki itp. To rozłożenie akcentów jest według mnie nieco nieszczęśliwe. Czytelnik z pewnością chętnie przeczytałby więcej o ajnuskich zwyczajach, a znajduje ledwie wzmianki o handlu skórami, kolczykach noszonych przez mężczyzn i tatuażach kobiet, dowiaduje się, że tonkori to instrument strunowy, kamui to bogowie, a Ajnu byli nastawieni pokojowo. Rozdział zamyka opis tytułowego romansu, który rozegrał się między Bronisławem Piłsudskim (bratem Józefa, badaczem Ajnów podczas i po swoim zesłaniu na Sachalin) a siostrzenicą wodza osady Ajnów. Gdy w 1905 r. Bronisław wracał do Polski, ze względu na sprzeciw wodza nie mógł zabrać ze sobą żony i syna. Potomkowie Polaka i Ajnuski żyją, ale dopiero w 1999 r. spotkali się ze swoimi krewnymi w Polsce. Wydaje mi się, że historia ta jest u nas mało znana, a nadaje się na scenariusz dobrego filmu.

Książkę zamyka Jin Matsuka (historyk interesujący się okresem międzywojennym w Polsce, pracuje i mieszka w Otaru) tekstem „Parę słów o Polonii na Hokkaido i stosunkach polsko-japońskich”. Autor ma długie i liczne kontakty z Polakami w Polsce i Japonii. Zauważa (jak Rafał Rzepka i Piotr Węgrzynowicz), że Hokkaido jest wyspą bliską Polsce klimatycznie, ale także ze względu na rozbudowaną slawistykę i stosunek do Rosjan. Japończycy bowiem zwykle kojarzą białych z Amerykanami, ale na Hokkaido – często z Rosjanami, „których traktuje się w taki sam sposób, jak w Polsce czyli to «oni są tacy jacyś…»”, co wynika z zaszłości historycznych (m. in. sporu o Wyspy Kurylskie). Cenna jest zachęta autora, by Polacy odnowili obraz swej ojczyzny w Japonii, bo niestety wciąż jest to tylko Chopin, Maria Skłodowska-Curie i obóz w Oświęcimiu, a wśród starszych Japończyków – puste sklepy (sic!) i Lech Wałęsa. Okazuje się, że młoda II Rzeczpospolita działała w Japonii wiele prężniej – np. przysłała do Tokio broszurę wyjaśniającą stanowisko polskiego rządu w sprawie Górnego Śląska. Jak zauważa Jin Matsuka, wcześniejsza współpraca naukowa i kulturalna pomaga nawiązać relacje gospodarcze, co praktykują w Japonii Niemcy. A nic nie stoi na przeszkodzie, by Polska skorzystała z tych doświadczeń.

Marcin Miczek


1 Pisownia oryginalna, niezgodna z dzisiejszą ortografią.

2 Kreska nad „o” oznacza długą wymowę samogłoski.

3 Miasto portowe niedaleko Sapporo.

pierwsza wersja: 2007-01-24, ostatnia modyfikacja: 2007-02-01