do strony «rożności»

Warszawka

Taaaak, my tu w Warszawie mamy prawdziwy sajgon. Nigdy nie wiesz, czy do roboty dojedziesz tym samym autem, którym wyjechałeś spod domu... Nawet ciekawe jest, można dużo furek poznać.

Raz, pamiętam, wyjeżdżam spod domu mercem, ale mi go zabrali na pierwszych światłach. Ale, patrzę, jedzie bmk-a. Wywlokłem kierowcę zza kierownicy (specjalnie się nie opierał, bo widziałem, że już się czai na jaguara, co stał kilka samochodów dalej) i jadę.

Ale zaraz dwie przecznice dalej zrobili mnie na koło. Myślę sobie: kurna, nie jest dobrze, do roboty się spóźnię, bo nic wartego uwagi nie jedzie! W końcu odwiesiłem dumę na kołek i pobrałem jakiegoś poldolota, co stał przed sklepem. Tym poldolotem to nawet udało mi się na drugi brzeg Wisły przeprawić (na moście tylko raz do mnie strzelali i jakiś patafian próbował łapać za klamkę, ale przytarłem palanta o latarnię).

Ale zaraz za mostem oberwałem rykoszetem w chłodnicę, bo się dostałem w środek strzelaniny od prowokacji policyjnej (policaje puścili na miasto tramwaj z full wypasem i jechali za nim nieoznakowanym rowerem - kiedy mafia próbowała zrobić tramwaj na stłuczkę, wtedy policja wkroczyła do akcji). No i przecznicę dalej silnik mi się zapalił, bo pewnie węże paliwowe też oberwały.

To go zostawiłem na środku - myślę sobie: jak ktoś będzie chciał, to go sobie zgasi, a ja nie mam teraz czasu na głupoty. Kurrrna, za pięć minut powinienem być w robocie.

Na szczęście trafił mi się zaraz zupełnie przyzwoity passacik, w dodatku z klimą, a dzień był upalny. Co prawda na początku się trochę cykałem, bo na tylnym siedzeniu truposzczak siedział - w garniturku, pod krawatką, a jakże, tylko łba nie miał, bo mu odstrzelili - ale myślę sobie: daleko do roboty już nie mam, a jeszcze klima jest, to wonieć nie będzie.

No i jadę. I zaraz za rondem Wiatraczna mnie patrol policji zatrzymał. Dzień dobry, panie kierowco, prawo jazdy i dowód poproszę - no to dałem prawko mojej ciotki, co to je w 37 we Lwowie zrobiła, a dowód to akurat miałem na teścia nyskę z czasów, kiedy teściu na taryfie bagażowej robił.

Pan policjant tylko szybko sprawdził, czy się aby czasem numery silnika i nadwozia nie zgadzają (nie zgadzały się, chwała Bogu!) i mówi: dziękuję i proszę jechać. No to się pytam, czy im tego trupa, co mi się na kanapie z tyłu rozsiadł nie mógłbym zostawić, ale mi powiada, że oni są drogówką i się trupami nie zajmują i jak chcę, to mogę do kryminalnego podjechać i tam zostawić - ale nie gwarantuje, czy wezmą, bo podobno mają sporo tego towaru, co se sami z miasta pościągali i obcych trupów mogą już nie chcieć.

A tak między nami - pyta - to za co pan go kropnął? No to mówię, że to nie mój, tylko razem z autem mi się zaposiadł. No to faktycznie problem - powiada - tylko go pan na ulicy nie zostaw, bo straż miejska panu 20 złotych mandatu za zaśmiecanie miasta wlepi, a co będziesz pan - powiada - za obcego trupa płacić? A najlepiej - powiada - wrzuć go pan do jakiej glinianki, to będziesz miał pan spokój. Ale gdzie ja mam czas po gliniankach jeździć, jak od dziesięciu minut w robocie powinienem siedzieć. Więc go tylko poprosiłem, co by mi do bagażnika truposzczaka pomógł przemieścić, bo tak na tylnej kanapie bez łba to mi z moim poczuciem estetyki nie konweniował.

No i dojechałem wreszcie do roboty, spóźniony jak cholera, i walę do szefa się usprawiedliwić - a on mi na to powiada - ty mi tu k**wa nie opowiadaj, bo dla chcącego nic trudnego, i patrzaj, czym ja dzisiaj przyjechałem do roboty.

No to wyglądam przez okno, a tu faktycznie elektrowóz stoi, chociaż żadnych szyn przy naszej firmie nie ma, i w dodatku patrzę dokładnie, a to kurna ruski, bo na szerokie tory!!

I tak to się u nas w Warszawce kręci - raz na wozie, raz pod wozem...

do strony «rożności»