do strony «teksty własne»

Marcin Miczek

Kilka refleksji o osobie i myśli Simone Weil

Wstęp

Poniższy esej powstał na prośbę Gosi Szałek (patrz strona znajomi), która w maju 2000 roku znalazła w Internecie moją stronę domową i napisała do mnie, że zamierza stworzyć „klub ludzi myślących”, a punktem wyjścia byłaby twórczość Simone Weil i czy w związku z tym nie napisałbym czegoś na jej temat.

Moja znajomość tej francuskiej myślicielki była dość słaba (i nadal nie jest zbyt głęboka), ale po przeczytaniu fragmentów jej pism [1-2] oraz zapoznaniu się ze skróconymi biografiami i wspomnieniami Czesława Miłosza [1] i Gustave'a Thibona [2] stwierdziłem, że mogę spisać kilka luźnych refleksji. Tak też proszę traktować poniższy tekst - nie zamierzam analizować całej myśli ani postaci Simone Weil. Wielce prawdopodobne, że ze względu na słabą znajomość tematu popełniłem w tekście nieścisłości lub gafy. Może miłośnicy Simone (sam się tak bym nie nazwał) obronią ją przed moją krytyką. Mam nadzieję, że moim tekstem nikogo nie urażę - nie jest to moim zamiarem. Od razu jednak ostrzegam, że pewne moje sądy mogą się wydać zbyt ostre. W wielu pozostałem jednak w wątpliwości a nie totalnej krytyce.

Kieruję się jednak wskazaniami samej Simone [1, strona 23]: Zachwyty nad moją inteligencją mają na celu uniknięcie pytania: „Mówi prawdę czy nie?” Moja sytuacja „inteligentnej” równa się błazeńskiej etykietce tych błaznów. O ileż bardziej wolałabym ich etykietkę!

i słowami Cz. Miłosza (tamże): Dlatego, przez zwykłą lojalność, trzeba, czytając ją, stale albo zgadzać się, albo przeczyć i, o ile to możliwe, tropić powody tego „tak” albo „nie” w sobie samym.

Trochę o sobie: tekst ten piszę z pozycji katolika zainteresowanego teologią, duchowością i psychologią. Nie ma w tym oczywiście żadnej mojej zasługi, ale jakiegoś dotknięcia przez Boga doświadczyłem, nie piszę zatem o duchowości jako teoretyk. Odprawiłem pierwszy tydzień „Ćwiczeń duchowych” św. Ignacego z Loyoli, czytałem też św. Teresę z Lisieux. Z wykształcenia jestem fizykiem - skończyłem studia magisterskie na Politechnice Śląskiej w Gliwicach i obecnie robię tam doktorat.

Autentyczność przeżycia mistycznego

Zacznę może nieco przewrotnie od kilku pytań: Skąd można wiedzieć, że przeżycie mistyczne osoby X było autentyczne? Jak takie przeżycie zależy od wyznawanej religii, światopoglądu? Jeśli przeżycie to nie prowadzi do przemiany życia i myślenia (nawrócenia) - to co o nim sądzić? Pokażę swoją wątpliwość na ostrym przykładzie. Oto mały Jean Paul Sartre bawi się w pokoju zapałkami i przypala dywan. Próbuje ukryć swój wybryk i nagle czuje, że patrzy na niego z wyrzutem Bóg. Wykrzykuje coś w rodzaju Ty wielki Podglądaczu i zostaje ateistą (przepraszam za nadmierny skrót, patrz też dopisek). I tu pojawiają się we mnie spore wątpliwości - czy było to autentyczne przeżycie mistyczne? Może tak, ale wzrok kochającego Boga został przez dziecko karmione przez starszych fałszywym obrazem Boga-policjanta źle odebrany? A może to nie Bóg chrześcijan i Żydów spojrzał na małego Sartre'a? Nie wiem. Nie tak wielkie, ale jednak podobne wątpliwości miałem po lekturze „Prologu” umieszczonego przez Alberta Camusa na początku zbioru notatek Simone Weil [2, s. 43-45]. Postać nauczyciela ma wyraźne rysy Jezusa z Nazaretu, ale czy to naprawdę On? Nie wiem. Pytania te oczywiście pozostaną bez odpowiedzi. Odpowiedzi na nie mogłaby udzielić tylko sama Simone, ale uwaga - odpowiedź ta (ponieważ mistyczka twierdzi, że została zdobyta przez Jezusa) musiałaby zostać zobiektywizowana przed mistrzem duchowym i zaakceptowana przez Kościół.

Otóż mimo głębi refleksji Simone nie jestem przekonany, czy w wystarczającym stopniu zdawała sobie ona sprawę z iluzji, które grożą ludziom w życiu duchowym. Zaś jej ciążenie ku poglądom manichejczyków i gnostyków, a przy tym zadziwiające wątpliwości co do drogi duchowej św. Teresy z Lisieux (o tym jeszcze napiszę dalej) pogłębiają moje wątpliwości. Zastosuję teraz może brzydki chwyt ad personam. O ile jednak w dyskusji czysto intelektualnej jest on nie na miejscu (bowiem „2 razy 2 jest 4” i nikt nie powinien tego podważać dlatego, że mówi to osoba brzydka albo przeklinająca), to gdy mistyk opowiada, że „Bóg jest miłością i ja wtapiam się w tego Boga” a jednocześnie jego sąsiedzi widzą, że ów mistyk nienawidzi swych bliskich, to trzeba sobie zdawać sprawę, że podważona zostanie nie tylko autentyczność mistycznego przeżycia, ale i same twierdzenia mistyka zaczną brzmieć niezbyt przekonywająco (choć daleko jeszcze do ich logicznego obalenia). W przypadku Simone sytuacja jest oczywiście zupełnie inna - jej zaangażowanie w sprawy robotników i Francji jest godne podziwu. Ale czytając o jej życiu zastanowiły mnie dwie sprawy: jej niedbały wygląd wskazujący na brak akceptacji swej cielesności i kobiecości oraz nałogowe palenie papierosów, co w połączeniu z jej przesadną ascezą wywarło na mnie niespecjalne wrażenie (na usprawiedliwienie Simone - o szkodliwości palenia tytoniu wiedziano jeszcze wtedy niewiele). Nie znam na tyle jej biografii - może któryś z Czytelników uzupełni ten brak, ale nie natrafiłem na żaden tekst, z którego wynikałoby, że w tej materii coś w Simone się zmieniło po mistycznym przeżyciu. „I co z tego wynika?” - mógłby ktoś zapytać. Niby nic, tylko patrząc na innych mistyków (nie tylko chrześcijańskich) doświadczenie Boga prowadzi między innymi do akceptacji siebie oraz uwolnienia od różnorakich nałogów. Poglądy na temat relacji Bóg-stworzenie, duch-materia, dusza-ciało mogą wynikać z nieakceptacji swej cielesności - to pozornie zbyt psychologizujące stwierdzenie okazuje się prawdą w wielu przypadkach.

Podejmowanie decyzji zgodnych z wolą Boga

Idąc za św. Ignacym z Loyoli można stwierdzić, że życie duchowe w warstwie zewnętrznej (widocznej dla innych ludzi) jest przede wszystkim podejmowaniem decyzji a nie snuciem refleksji - chodzi zatem o to, aby podjąć decyzje zgodne z wolą Bożą. Zaś Simone nie podjęła istotnej decyzji przyjęcia chrztu motywując to uczciwością intelektualną, gdyż nie była w stanie w wielu kwestiach stwierdzić, co rzeczywiście jest, a co nie jest poglądem akceptowanym przez Kościół katolicki.

I tu dla odmiany zacytuję fragment bajki Anthony'ego de Mello pt. „Zatruta strzała” [3, s. 70-71]:

Budda powiedział:
Jesteś jak człowiek
zraniony zatrutą strzałą
i bardzo bliski agonii.
Krewni pośpiesznie sprowadzili lekarza,
ale ranny nie chciał, by mu wyjęto strzałę
lub by mu dano jakiekolwiek lekarstwo,
póki mu nie odpowiedzą na trzy ważne pytania:
Po pierwsze, ten, który go postrzelił, był biały czy czarny?
Po drugie, był człowiekiem wysokim czy niskim?
Po trzecie, był braminem czy pariasem?
Jeśli mu nie odpowiedzą na te trzy pytania,
nie chce żadnego leczenia!

Bajka jest osadzona w kontekście buddyzmu i pytanie człowieka nie brzmiało „Czy mam przyjąć chrzest?”, ale „Czy dusze sprawiedliwych żyją po śmierci?” i „Po co żyć w klasztorze, jeśli nawet Budda nie wie”? Ale sens jest podobny. Jeśli ciężko chory przed przyjęciem lekarstwa chciałby dogłębnie poznać mechanizm jego działania, prawdopodobnie zmarłby zanim ktokolwiek by mu go wyjaśnił, zaś człowiek ze względu na grzech pierworodny przed chrztem znajduje się w położeniu nie do pozazdroszczenia.

Postulat totalnej uczciwości intelektualnej Simone Weil rozumiany jako dokładne badanie wszystkiego, co przyjmuje się jako prawdę jest tyleż piękny co nierealny. I nie chodzi tu tylko o religię, ale również naukę i politykę. Oczywiście, że ważne sprawy trzeba przemyśleć i nie można pochopnie podejmować decyzji, ale brak zaufania do jakiegokolwiek autorytetu poza swoim intelektem prowadzi na manowce. Z chrztem zaś sytuacja ma się tak, że trzeba się po prostu oprzeć na świadectwie Apostołów przekazywanym przez Kościół. Nie da się w sensownym czasie przeanalizować wszystkich tekstów tworzonych przez chrześcijan na przestrzeni 2000 lat.

Sprawa wiary, jej podbudowy intelektualnej oraz oceny moralnej podważania prawd wiary (skąd wywodzi się instytucja anatemy, z którą Simone nie umiała się pogodzić) jest bardzo przystępnie a jednocześnie dogłębnie wyjaśniona w pracy ojca Piotra Rostworowskiego [4] - tam też odsyłam zainteresowanych - na tłumaczenie, dlaczego przekonanie przeciwne wierze nie jest bynajmniej tylko dziełem intelektu niezależnym od woli (jak wydaje się sądzić Simone), jest tu zbyt mało miejsca.

Nie mam zamiaru dokonywać tu oceny moralnej Simone Weil - to sprawa między nią i jej sumieniem a Bogiem. Zasmuca mnie jednak i dziwi u wielu ludzi (nie tylko Simone) nadużywanie zdań typu „Taka jest wola Boża”. Przykładów takich nadużyć różnej maści i kalibru jest sporo. W polskiej literaturze można wspomnieć choćby rejenta Milczka z Fredrowskiej „Zemsty”, który wciąż powtarza frazes o zgadzaniu się z wolą nieba. Carlos Valles [5, s. 45-47] przytacza nieco humorystyczną historyjkę o krawcu, który na pytanie, kiedy będzie gotowe ubranie, odpowiadał „Jeśli taka będzie wola Boża... w następny poniedziałek”; a wciąż nie dotrzymując terminów mawiał „Jeszcze nie jest gotowe... taka była wola Boga”. Pojawia się oczywiście pytanie, do kogo ma mieć wtedy pretensje klient - do krawca czy Pana Boga. A co z Simone Weil? Otóż zastanawia mnie owo zdanie z „Listu pożegnalnego do ojca Perrin”, że Bóg nie chce, aby znalazła się w Kościele. Zdanie to powtórzone jest w liście w kilku wariantach z dodaniem, że autorka nie ma co do tego wątpliwości [1, s. 40]. Ja mam natomiast spore, gdyż Bóg, który posłał na świat swego Syna, aby zbawił ludzi i założył Kościół, przez który swoje dzieło nadal prowadzi, nie może być tym samym Bogiem, który nie chce, aby ktoś znalazł się w Kościele - Bóg nie zaprzecza samemu sobie. Proszę nie wysnuwać tu zbyt daleko idących wniosków - nie twierdzę, że zbawienie jest możliwe tylko, gdy ktoś formalnie przynależy do Kościoła lub że Simone w pełni świadomie Kościół odrzuciła.

Skupienie uwagi

Nie mam oczywiście zamiaru poprzestać na krytycznych uwagach. Simone Weil jest bowiem myślicielką wymykającą się prostym klasyfikacjom.

Zachwycające są jej „Rozważania o dobrym użytku studiów szkolnych w miłości do Boga” [1, s. 48-56]. Słusznie Simone zauważa głęboką analogię między modlitwą a uczeniem się ze skupioną uwagą. Ta piękna wizja zbliżania się do prawdy przez bezinteresowną kontemplację jest chyba dość bliska metodzie fenomenologicznej [6, s. 26-40], a z drugiej strony - myśli Zen [5, s. 186]. Niewątpliwie jest to droga trudna, ale możliwa do osiągnięcia.

Upokorzenie i przebaczenie

Cenna jest refleksja Simone na temat upokorzenia i przebaczenia. Przytoczę ją tu bez wielkiego komentarza, ale jakże często gorzkie poczucie upokorzenia w rzeczywistości wskazuje jedynie na naszą pychę: [1, s. 130] Niemożliwe jest przebaczyć komuś, kto wyrządził nam zło, jeżeli to zło nas poniża. Trzeba myśleć, że nas nie poniżyło, ale odsłoniło nam prawdziwy nasz poziom.

Atak na świętą Teresę z Lisieux?

Ze zdziwieniem natrafiłem w tekstach Simone Weil jakby ataki (trudno to właściwie nazwać) na Teresę z Lisieux. Spróbuję więc tu nieco pobronić małej pani doktor Kościoła. Oto jeden z tekstów Simone [2, str. 413-414]:

Święta T. z L. To absurd, który naprawdę zasługuje na to, aby mu się przyjrzeć: stawiać tłumom za wzór losy ludzkie, mające za punkt wyjścia warunki zupełnie wyjątkowe. Już ona sama popełniła ten absurdalny błąd. Tajemnica jej powodzenia polega na jej pomyśle wynalezienia „windy” podnoszącej człowieka do nieba. To właśnie podobało się jej współczesnym, a nie jej miłość do Chrystusa. Po roku 1914, a jeszcze bardziej po 1940, ta szczególna, właściwa jej forma świętości straciła w najwyższym stopniu na aktualności.

I tu właściwie powinienem się na Simone pogniewać, ale bliżej jest mi do roześmiania się, że mimo niepospolitej inteligencji można tak bardzo nie rozumieć, o co chodzi w „małej drodze” św. Teresy z Lisieux. Oczywiście to nie sprawa intelektualnego rozumienia, ale pewnych duchowych intuicji, których Simone najwyraźniej zabrakło - mogłaby jednak nie wyrażać się tak ostro o tej „absurdalnej” świętej. Zacznę może od tego, że forma aforyzmu (często stosowana przez Simone) generuje tu tak wiele wątpliwości i pytań, że właściwie nie wiadomo, od czego zacząć. Bo na czym np. ma polegać wyjątkowość „punktu wyjścia” losu św. Teresy (kochająca rodzina, wcześnie zmarła matka, rodzone siostry w klasztorze)? Skąd Simone wie, co podobało się współczesnym Teresie? Dlaczego po 1914 czy 1940 forma świętości Teresy, która doświadczyła wielu cierpień fizycznych i duchowych (sądzę, że większych niż niejeden żołnierz podczas II wojny światowej) miałaby stracić na aktualności?

A owa winda? Najlepiej chyba posłuchać samej Teresy [7, s. 213-214]: Chciałabym znaleźć taką windę, która by mnie uniosła aż do Jezusa, bo jestem zbyt mała, by wstępować po stromych schodach doskonałości. (...) Windą, która mnie uniesie aż do Nieba, są Twoje ramiona, o Jezu!

Myślę, że z tego tekstu wyraźnie widać, że Teresa żadnej windy nie wy-nalazła a tylko z-nalazła windę już istniejącą, a ponadto oddzielenie owej windy od miłości do Chrystusa jest niemożliwe.

Oto inny tekst Simone [2, s. 97]

Dziecko, kiedy głodne, krzyczy nie tylko głosem, ale całym swoim ciałem, niestrudzenie domagając się mleka czy chleba. Dorośli rozczulają się albo uśmiechają, ale ono jest najzupełniej poważne. Całe ciało i cała jego dusza pochłonięte są wyłącznie tym pragnieniem. Nikt nie jest tak mało dziecinny jak małe dziecko. Dziecinni są dorośli, którzy się z nim bawią. (Obawiam się bardzo, czy mała Teresa z Lisieux nie przypominała częściej takich dorosłych niż małego dziecka.)

Wydaje mi się, że obraz dziecka i dorosłego ukazany tu przez Simone jest dość odległy od tego, co rozumie się w duchowości chrześcijańskiej przez dziecięctwo Boże. Nie obawiam się o św. Teresę - ona broni się sama jako mistrzyni nowicjatu posiadająca głęboką znajomość ludzi i prowadząca wiele sióstr w Karmelu po owej „małej drodze”. Jej doskonała praca z nowicjuszkami [8] nie była żadną zabawą i jest najlepszym testem jej duchowości - a świadectwa ludzi nie przebije żadna abstrakcyjna refleksja. I, prawdę mówiąc, bardziej ufam św. Teresie z Lisieux niż Simone Weil i to nie tylko dlatego, że jedna jest ogłoszona świętą a druga się nie ochrzciła.

Koniec

To na razie tyle - mam nadzieję, że Czytelnicy wybaczą mi rozwlekłość owego eseju. Pisać o Simone Weil mógłbym jeszcze wiele. Zastanowiły mnie jej manichejskie poglądy o szatańskim pochodzeniu wyobraźni [1, s. 134], czy tożsamości zgody stworzenia na stworzenie i grzechu pierworodnego [1, s. 74]. Zastanowiła mnie zbyt bliska deizmu i fatalizmu idea Opatrzności [1, s. 72], wreszcie dziwnie brzmiące dla fizyka krytyczne uwagi o Galileuszu [1, s. 88] i algebrze [2, s. 454-457], ale to już tematy na osobną pracę.

Dopisek 15 XI 2004

Jak zwrócił mi uwagę pewien student filozofii (za co Mu dziękuję), historia Sartre'a wyglądała nieco inaczej (jest opisana w jego pamiętnikach). Otóż rozpalił on ognisko w pokoju i poczuł czyjś wzrok na swych plecach. Odwrócił się i zobaczył Jezusa wiszącego na krzyżu. Wykrzyknął wtedy: Nie patrz na mnie! i dodaje po latach: i już nigdy więcej na mnie nie spojrzał.

Literatura

[1] Simone Weil: „Wybór pism”, przekład i opracowanie: Czesław Miłosz, Wydawnictwo Znak, Kraków 1991

[2] Simone Weil: „Świadomość nadprzyrodzona”, przekład: Aleksandra Olędzka-Frybesowa, wybór i opracowanie: Andrzej Wielowieyski, Instytut Wydawniczy PAX, Warszawa 1999

[3] Anthony de Mello SJ: „Śpiew ptaka”, Verbinum, Warszawa 1994

[4] Piotr Rostworowski OSB: „Świadectwo Boga. Rozważania nad problemem wiary”, Tyniec, Wydawnictwo Benedyktynów, Kraków 1996

[5] Carlos G. Valles SJ, „Szkice o Bogu”, Wydawnictwo WAM, Kraków 1994

[6] Józef Maria Bocheński: „Współczesne metody myślenia”, Wydawnictwo „W drodze”, Poznań 1993

[7] Święta Teresa od Dzieciątka Jezus: „Dzieje duszy”, Wydawnictwo OO. Karmelitów Bosych, Kraków 1996

[8] Victor Sion OCD: „Realizm duchowy świętej Teresy z Lisieux”, Cerf - Kairos - Wydawnictwo M, Znak, Paryż - Kijów - Kraków 1997

do strony «teksty własne»